Posts Tagged ‘film’

Apokaliptyczny fresk

czwartek, Listopad 6th, 2008

„Tajne przez poufne” braci Coen, to zdumiewająco dobry film. Niesamowicie, dołująco wręcz gorzka kpina z dzisiejszej Ameryki. Mamy tam ludzką głupotę, oj dużo, dużo głupoty, małżeńskie zdrady, instrumentalny seks, totalne wypłaszczenie emocjonalne, brak głębszych uczuć, podejrzliwość, chciwość, pogardę dla życia, oddalenie władzy od obywatela i skomplikowane gry, których nie rozumieją nawet sami gracze, plastikowe potrzeby, niskie marzenia, społeczną paranoję, zakłamanie, bezduszność lekarzy… można tak wymieniać bez końca. Znamiennym jest, że najsmutniejsza postać w filmie, jest jednocześnie najzagorzalszym apologetą pozytywnego sposobu myślenia. A także to, że najsympatyczniejsza i jednocześnie najbardziej niepogodzona z obliczem współczesnej Ameryki postać w filmie, jest zapitym, wulgarnym wrakiem człowieka, który z powodu otaczającej go głupoty i moralnej schizofrenii dokonuje brutalnego mordu rodem z krwawego filmu gore. I w całym tym plastikowym świecie zwycięża co? Najgłupsza, najbardziej prymitywna potrzeba upiększania ciała, która to z kolei wypływa z durnej potrzeby szukania nie miłości, lecz partnera, kogoś w rodzaju dobrze dopasowanego dresu, w którym wygodnie byłoby uprawiać życiowy jogging. Swoistym testem na owo dopasowanie są zresztą zatrważająco smutne, identyczne i bezosobowe randki z kolejnymi twarzami wyjętymi wprost z sieciowego katalogu zagubionych dusz.
Smutny to film, w którym śmiejemy się przez łzy z sytuacji nie dość, że nieśmiesznych, co autentycznie i do cna ponurych. Chichoczemy ze zgrozy, chichotem iście nerwicowym. Tak gorzkiej, a jednocześnie zabawnej rozprawy ze światem dawno nie widziałem w amerykańskim kinie. U nas podobne „komedie” robił Koterski, ale były one bardziej intymne. Tutaj twórcy filmu rozprawili się z całą współczesną Ameryką, z jej absurdami, paranojami i obsesjami. A ponieważ cały Zachód goni za Ameryką niczym pies za ciężarówką, „Tajne przez poufne” może się okazać apokaliptycznym freskiem końca zachodniej cywilizacji i początku ostatecznej syfilizacji.
Wspaniały film. Gorąco polecam.

Poza kontrolą

poniedziałek, Marzec 10th, 2008

Może się to wydać dziwne, ale nie potrafię zbyt wiele napisać o filmie Antona Corbijna pt. „Control”; tylko tyle, że to wspaniały obraz wspaniałego fotografa i twórcy wspaniałych teledysków. Sam Riley odgrywający rolę Iana Curtisa jest absolutnie genialny i nie jest to jedyna błyskotliwa rola w tym filmie. Dorzucić do tego niesamowite, czarno-białe ujęcia i oczywiście niepowtarzalną muzykę Joy Division… i mamy arcydzieło.

To nie jest zwyczajny film muzyczny. Obraz skupia się na człowieku, a nie gwieździe. Całość jest odmitologizowana, daleka od patosu, nie stara się oczarowywać widza bajerami, nie nudzi schematami. Oszczędność, szczerość, skromność i bolesne piękno – oto słowa-klucze do tego filmu. Nie potrafię jednak opowiedzieć o nim wiele więcej. Nie dlatego, że nie umiem zwerbalizować wrażeń, ale dlatego, że to dla mnie zbyt trudne emocjonalnie. Lepiej samemu obejrzeć, bo słowa w tym przypadku wypaczą obraz. Podobnie jak z muzyką – trzeba posłuchać, żeby poczuć. Trudno mi tutaj kontrolować emocje…
Idźcie do kina na Control. Naprawdę polecam. Tylko weźcie ze sobą chusteczki – ostatnia scena jest bowiem iście porażająca. Zwłaszcza, że muzycznie ilustruje ją utwór „Atmosphere”, do którego klip zrobił zresztą kiedyś właśnie Anton Corbijn – reżyser Control.

A tutaj trailer:

[kml_flashembed movie="http://pl.youtube.com/v/7c2_B_cWK_M" width="425" height="350" wmode="transparent" /]

Tony DiTerlizzi i “Kroniki Spiderwick”

poniedziałek, Luty 18th, 2008

W dziale Freskowisko dodałem link do strony wspaniałego rysownika, grafika i ilustratora – Tony’ego DiTerlizzi.

A tutaj trailer nowego filmu – „Kroniki Spiderwick” – nakręconego na podstawie książek dla dzieci, ilustrowanych przez w.w. artystę.

watch?v=an2kXGUg51Q

dawać czadu…

poniedziałek, Styczeń 21st, 2008

Widzieliście „Kostkę Przeznaczenia” („Pick of Destiny”)? Świetny film. Tenacious D rządzą 😀

Ale cóż ja chciałem… Jest taka scena – chłopaki, czyli Jack Black i Kyle Gass, ukradli z muzeum Kostkę Przeznaczenia, artefakt, który miał im umożliwić granie rocka ponad swoje możliwości, a co za tym idzie, zwycięstwo w pewnym konkursie. Kostka jednak łamie się i chłopaki lamentują, że nie wygrają konkursu i nie będzie ich stać na czynsz. Wtedy wkracza konferansjer, który w tonie pocieszenia tłumaczy chłopakom istotną życiową prawdę, podnosząc ich tym samym na duchu:

– Chłopaki, posiadanie diabelskiej kostki do gry nie polepszy wcale waszego rocka. Bo Szatana nie ma w jakiejś kostce. On jest w nas samych. Tutaj. W waszych sercach. To on sprawia, że nie chce się nam iść do pracy, ćwiczyć albo mówić prawdy. To on sprawia, że chcemy imprezować i uprawiać seks ze sobą całą noc. To taki wewnętrzny głos, który mówi: „Pierdol się” ludziom, których nienawidzicie.

Po prostu umarłem, jak to usłyszałem 🙂

Chłopaki dzięki tej przemowie zbierają się w sobie i idą dać czadu. Też bym dał. W końcu Szatana ma się w sercu, a nie w jakichś magicznych przedmiotach. I tylko to się liczy 😉

Jakubową drabiną na Hyperiona

niedziela, Styczeń 20th, 2008

hyperion_mag-small.jpg

Nie wiem jak to się stało, ale jak dotąd mijałem się z twórczością Dana Simmonsa. Na półce od lat stoją „Fazy grawitacji”, które z jakiegoś powodu obrastają kurzem. Mógłbym się wytłumaczyć tym, że na moich półkach bez trudu znalazłoby się wiele nieprzeczytanych książek, choćby dlatego, że praktycznie nie ma miesiąca, w którym nie zakupiłbym przynajmniej jednej. A zdarzają się takie miesiące, kiedy do domu przybywa i po kilkanaście nowych pozycji; zarówno świeżynek prosto z księgarni, jak i staroci z antykwariatów czy przybytków bezwstydnej rozkoszy zwanych „tanimi księgarniami”. Tyle że Simmonsa polecano mi już dawno. Ociągałem się jednak bardzo długo z sięgnięciem po prozę tego autora. Do momentu, aż nadeszło wznowienie słynnego „Hyperiona”.

Z jednej strony żałuję, że nie przeczytałem tego wcześniej, z drugiej zaś cieszę się, bo dzięki temu ociąganiu mam teraz pięknie wydaną cegłę, oprawioną w cudownie wyglądającą obwolutę. Grafika na owej obwolucie szczególnie przypadła mi do gustu (tak, jestem zboczony – lubię wpatrywać się w okładki książek). Ale to co w środku, czyli mięcho lub treść – jak wolicie – to istna czytelnicza rozpusta. Zarówno fabuła jak i styl stoją na mistrzowskim poziomie. Dodać do tego należy arcyciekawą konstrukcję i wspaniale zbudowane postacie. Jednym słowem MIODZIO.

Czytam „Hyperiona” pomalutku, właściwie sączę go jak doskonale przyrządzoną kawę lub diabelnie dobrą whisky. Boję się pić zbyt łapczywie, by nie utracić bogactwa subtelnego bukietu i mnogości doznań, jakie towarzyszą lekturze. Jest ta powolność czytania o tyle łatwa, że większość wolnego czasu i tak przeznaczam w tej chwili na co innego (TFUrczość potrafi człowieka dość skutecznie pochłonąć), z lektury czyniąc celebrację szczególnie spokojnych wieczorów.

Co mogę powiedzieć o „Hyperionie”, mając za sobą nieco ponad połowę książki? Czytać. A właściwie CZYTAĆ! Bo to dobra powieść jest, że hej 🙂

A z zupełnie innej beczki – wreszcie było mi dane obejrzeć w całości „Drabinę Jakubową” („Jacob’s Ladder”) w reżyserii Adriana Lyne’a. Klimatem i estetyką obraz ten oscyluje gdzieś pomiędzy filmami Cronenberga i Lyncha (należy też dodać, że „Drabina Jakubowa” stanowiła jedną z najistotniejszych inspiracji dla twórców legendarnej już serii gier „Silent Hill”). Bohater wszędzie widzi czyhające na niego demony, śnią mu się tragiczne wydarzenia z przeszłości i wracają tyleż brutalne co niejasne wspomnienia z wojny w Wietnamie. Masa pytań, niedopowiedzeń i ślepych zaułków, w które brnie zarówno główny bohater jak i ciągle zaskakiwany widz. Zakończenie jest mocne, pełne napięcia, jednocześnie zrozumiałe ale i pozostawiające przestrzeń dla własnej interpretacji, mądre i silnie brzmiące. Najważniejsze jednak dla mnie było w zakończeniu to, że w szczególny sposób dotknęło moich własnych obaw, lęków i przemyśleń. Złapałem się wręcz na tym, że w życiu zbyt często postrzegam rzeczywistość tak jak postrzegał ją Jakub Singer w trakcie swojej dantejskiej podróży wspomnieniami. Strach – przed śmiercią własną i bliskich – tworzy wokół nas demony, które w oczach człowieka pogodzonego z losem przekształciłyby się w anioły. Przesłanie to zawiera bodaj jedną z najważniejszych prawd życiowych.

Problemem może być jednak nie tyle przyjęcie owej prawdy do świadomości, ile zastosowanie jej w życiu. Cóż… nie zdradzę, czy Jakubowi się to udało. Zamiast tego po prostu gorąco polecam obejrzenie „Drabiny Jakubowej” każdemu, kto jeszcze nie widział tego niezwykłego filmu. Tylko od razu uprzedzam – to nie jest popcornowe filmidło. To trzeba oglądać z uwagą należną obrazom z kategorii must see.