ponarzekać, posmęcić, rymsnąć twarzą w poduchę…

To już trzeci wolny weekend (odkąd przestałem pracować w soboty). Pierwszą „wolną” sobotę spędziłem w pracy (sic!) i na koncercie, drugą wśród fantastów, trzecią wreszcie w domu, tyle że postawionym na głowie. Właściwie sam nie wiem, czy to co piszę w tej chwili jakkolwiek się klei i ma jakiś sens – albowiem zmęczenie spowodowane kilkoma dniami, spędzonymi na remontowaniu części mieszkania, spowodowało, że w czaszce mam festiwal emerytów na haju, a zamiast mięśni rozżarzone węgle. Pomyśleć, że trzeba wstać do pracy, stanąć na rampie dostawczej, przyjąć te kilkadziesiąt boksów, podpisać papierki, a później spędzić kilka godzin na mechanicznym wykładaniu i zabezpieczaniu towaru… rzygać się chce na samą myśl. W ostatnich dniach niemal nic nie przeczytałem, nie napisałem ani słowa do powstającej właśnie książki (drugiej – pierwsza już zredagowana), a odpoczywam wszak głównie dzięki literaturze. Muszę więc startować w kolejny tydzień z pustym akumulatorem. Prądu! Prąduuu!!!

Udało mi się jednak wyskoczyć z córeczką do kina na świetny film o pewnej pandzie 😀 Chociaż tyle… Może jakoś przetrwam ten tydzień. Widok książek, układanych na ustawionym w nowym miejscu regale, dodaje mi nieco otuchy 🙂

Czas do łóżka… nawet literki, słowa mi się buntują pod parującym z wyczerpania czerepem, a poplamiona farbą klawiatura odmawia współpracy. Zaorać…

Tags: , ,

Comments are closed.