Archive for Styczeń, 2008

Cud

sobota, Styczeń 26th, 2008

Sześć lat temu o tej porze (pierwsza w nocy) siedziałem w glanach na materacu, trzymając za rękę wijącą się w bólach ukochaną i czytając książkę na temat porodów. Miałem kasę tylko na jeden kurs taksówką do szpitala, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na falstart. Należało się upewnić, że to nie fałszywy alarm, że ona na pewno będzie rodzić.

Siedziałem w tych glaniorach od wieczora 25 stycznia. Przez całą noc. 26 stycznia, dokładnie w sobotę – zupełnie tak jak dziś – około piątej/szóstej nad ranem mieliśmy już pewność – te skurcze nie miną.

Dziesięć minut po godzinie ósmej rano, z niemałym trudem, pojawiła się wśród nas Jagoda. Padał deszcz, w radiu leciał jakiś kawałek Queen, a ja patrzyłem na moje ukochane. Na najsilniejszą istotę na Ziemi i małą istotkę-cud obok niej.

Cud.

Do dziś trudno mi w to wszystko uwierzyć.

Do zobaczenia rano, sześcioletnia królewno. Mój mały cudzie 🙂

Zmarł Heath Ledger – 04.04.1979 – 22.01.2008

środa, Styczeń 23rd, 2008

Jestem w szoku; koleś był tylko rok starszy ode mnie. Strasznie go lubiłem…

[‚]

Tym samym, po Brandonie Lee, mamy kolejną postać o umalowanej na biało twarzy, która występuje w filmie po śmierci grającego ją aktora. Nawet wiek ten sam – 28 lat…

dawać czadu…

poniedziałek, Styczeń 21st, 2008

Widzieliście „Kostkę Przeznaczenia” („Pick of Destiny”)? Świetny film. Tenacious D rządzą 😀

Ale cóż ja chciałem… Jest taka scena – chłopaki, czyli Jack Black i Kyle Gass, ukradli z muzeum Kostkę Przeznaczenia, artefakt, który miał im umożliwić granie rocka ponad swoje możliwości, a co za tym idzie, zwycięstwo w pewnym konkursie. Kostka jednak łamie się i chłopaki lamentują, że nie wygrają konkursu i nie będzie ich stać na czynsz. Wtedy wkracza konferansjer, który w tonie pocieszenia tłumaczy chłopakom istotną życiową prawdę, podnosząc ich tym samym na duchu:

– Chłopaki, posiadanie diabelskiej kostki do gry nie polepszy wcale waszego rocka. Bo Szatana nie ma w jakiejś kostce. On jest w nas samych. Tutaj. W waszych sercach. To on sprawia, że nie chce się nam iść do pracy, ćwiczyć albo mówić prawdy. To on sprawia, że chcemy imprezować i uprawiać seks ze sobą całą noc. To taki wewnętrzny głos, który mówi: „Pierdol się” ludziom, których nienawidzicie.

Po prostu umarłem, jak to usłyszałem 🙂

Chłopaki dzięki tej przemowie zbierają się w sobie i idą dać czadu. Też bym dał. W końcu Szatana ma się w sercu, a nie w jakichś magicznych przedmiotach. I tylko to się liczy 😉

Jakubową drabiną na Hyperiona

niedziela, Styczeń 20th, 2008

hyperion_mag-small.jpg

Nie wiem jak to się stało, ale jak dotąd mijałem się z twórczością Dana Simmonsa. Na półce od lat stoją „Fazy grawitacji”, które z jakiegoś powodu obrastają kurzem. Mógłbym się wytłumaczyć tym, że na moich półkach bez trudu znalazłoby się wiele nieprzeczytanych książek, choćby dlatego, że praktycznie nie ma miesiąca, w którym nie zakupiłbym przynajmniej jednej. A zdarzają się takie miesiące, kiedy do domu przybywa i po kilkanaście nowych pozycji; zarówno świeżynek prosto z księgarni, jak i staroci z antykwariatów czy przybytków bezwstydnej rozkoszy zwanych „tanimi księgarniami”. Tyle że Simmonsa polecano mi już dawno. Ociągałem się jednak bardzo długo z sięgnięciem po prozę tego autora. Do momentu, aż nadeszło wznowienie słynnego „Hyperiona”.

Z jednej strony żałuję, że nie przeczytałem tego wcześniej, z drugiej zaś cieszę się, bo dzięki temu ociąganiu mam teraz pięknie wydaną cegłę, oprawioną w cudownie wyglądającą obwolutę. Grafika na owej obwolucie szczególnie przypadła mi do gustu (tak, jestem zboczony – lubię wpatrywać się w okładki książek). Ale to co w środku, czyli mięcho lub treść – jak wolicie – to istna czytelnicza rozpusta. Zarówno fabuła jak i styl stoją na mistrzowskim poziomie. Dodać do tego należy arcyciekawą konstrukcję i wspaniale zbudowane postacie. Jednym słowem MIODZIO.

Czytam „Hyperiona” pomalutku, właściwie sączę go jak doskonale przyrządzoną kawę lub diabelnie dobrą whisky. Boję się pić zbyt łapczywie, by nie utracić bogactwa subtelnego bukietu i mnogości doznań, jakie towarzyszą lekturze. Jest ta powolność czytania o tyle łatwa, że większość wolnego czasu i tak przeznaczam w tej chwili na co innego (TFUrczość potrafi człowieka dość skutecznie pochłonąć), z lektury czyniąc celebrację szczególnie spokojnych wieczorów.

Co mogę powiedzieć o „Hyperionie”, mając za sobą nieco ponad połowę książki? Czytać. A właściwie CZYTAĆ! Bo to dobra powieść jest, że hej 🙂

A z zupełnie innej beczki – wreszcie było mi dane obejrzeć w całości „Drabinę Jakubową” („Jacob’s Ladder”) w reżyserii Adriana Lyne’a. Klimatem i estetyką obraz ten oscyluje gdzieś pomiędzy filmami Cronenberga i Lyncha (należy też dodać, że „Drabina Jakubowa” stanowiła jedną z najistotniejszych inspiracji dla twórców legendarnej już serii gier „Silent Hill”). Bohater wszędzie widzi czyhające na niego demony, śnią mu się tragiczne wydarzenia z przeszłości i wracają tyleż brutalne co niejasne wspomnienia z wojny w Wietnamie. Masa pytań, niedopowiedzeń i ślepych zaułków, w które brnie zarówno główny bohater jak i ciągle zaskakiwany widz. Zakończenie jest mocne, pełne napięcia, jednocześnie zrozumiałe ale i pozostawiające przestrzeń dla własnej interpretacji, mądre i silnie brzmiące. Najważniejsze jednak dla mnie było w zakończeniu to, że w szczególny sposób dotknęło moich własnych obaw, lęków i przemyśleń. Złapałem się wręcz na tym, że w życiu zbyt często postrzegam rzeczywistość tak jak postrzegał ją Jakub Singer w trakcie swojej dantejskiej podróży wspomnieniami. Strach – przed śmiercią własną i bliskich – tworzy wokół nas demony, które w oczach człowieka pogodzonego z losem przekształciłyby się w anioły. Przesłanie to zawiera bodaj jedną z najważniejszych prawd życiowych.

Problemem może być jednak nie tyle przyjęcie owej prawdy do świadomości, ile zastosowanie jej w życiu. Cóż… nie zdradzę, czy Jakubowi się to udało. Zamiast tego po prostu gorąco polecam obejrzenie „Drabiny Jakubowej” każdemu, kto jeszcze nie widział tego niezwykłego filmu. Tylko od razu uprzedzam – to nie jest popcornowe filmidło. To trzeba oglądać z uwagą należną obrazom z kategorii must see.

Pierwszy wyziew

sobota, Styczeń 19th, 2008

Oto jest; pierwszy wpis na blogu. Fajnie.

Niniejszym przecinam wstęgę i otwieram mój mały szlachtuzik. Będę rzezać, mielić i opychać wykwity moich zwojów mózgowych za totalną darmochę. To, co mi na sercu czy pod wątrobą zalega, tutaj będę bez żadnego poszanowania dla zdrowia wyrzygiwał i oprawiał. Nie przejmujcie się odorem parujących flaczków, pozornym zwyrodnieniem miejscowego masarza odzianego w okrwawiony fartuch, czy zasadami BHP. Po prostu czytajcie, albo nie czytajcie, albo zróbcie sobie kanapki i zagrajcie w mini-golfa. Czego dusza zapragnie, znaczy…